Wracalem z Ksiegarni Prospero (bardzo mile miejsce, gdzie przy filizance kawy mozna poczytac kaukazkie opowiescie) do mieszkania. Bylo sloneczne popoludnie, z powodu zblizajacego sie weekendu myslalem w ktore miejsce tym razem pojechac. Mozna powiedziec dzien jak co dzien.
Ide wiec troche z glowa z chmurach ( juz mi sie udaje spacerowac po Tbilisi nie uwazajac caly czas na otwarte studzienki, rynny przechodzace przez chodniki na wysokosci glowy, czy pedzace samochody, ba nie slysze nawet ryczacych klaksonow – chyba sie przyzwyczailem) i w pewnym momencie slysze jakies dziwne krzyki, gwizdy. Podnosze glowe i … okazalo sie ze jestem praktycznie w srodku gigantycznej manifestacji antyrzadowej ( musialem faktycznie strasznie sie zamyslic). Dokola ludzie w maskach, z transparentami, krzyczacy jakies nie zrozumiale dla mnie hasla. Ciezko to opisac zobaczcie sami.
Podekscytowany pobieglem do biura, gdzie spotkalem Irakliego (mojego mentora).
Patrz co widzialem ( pokazuje zdjecia), gigantyczna manifestacja przeszla ulica Rustavelego, bylem w samym srodku – powiedzialem
Irakli: Ale przeciez to nie jest nic wielkiego, my tutaj na takie male manifestacje nawet uwagi nie zwracamy.
Piotrek (troche smutny): ale jak to nie zwracacie uwagi, przeciesz byla wielka. Patrz na to zdjecie?
Irakli: Pewnie dlatego nie zwracamy uwagi, ze po ostatniej wojnie przed parlamentem byla jedna wielka manifestacja, ktora trwala 3 miesiace, bez przerwy. Byla duzo, duzo wieksza niz ta ktora mi pokazujesz.




